Ataki w szkołach – brak uwagi i wsparcia ze strony dorosłych
Autorka: Monika Grzegorowska
Ataki, które miały miejsce w ostatnich dniach, nakręcają spiralę paniki: rodzice przekazują sobie filmiki z ostrzeżeniami o „krwawym piątku” i nie puszczają dzieci do szkoły, nastolatki spekulują, gdzie dojdzie do następnego ataku. Tymczasem minie jeszcze wiele czasu nim dowiemy się, co było przyczyną tych zdarzeń. Musimy liczyć się z tym, że każde z nich mogło mieć inną przyczynę: brak zrozumienia, odrzucenie, chęć zaistnienia, czy wreszcie niezauważone zaburzenia. W każdym przypadku stoją za tym jakieś niezaspokojenie potrzeby i brak wsparcia.
– Sama informacja o przemocy nie „tworzy” sprawcy, dlatego byłoby uproszczeniem wskazywanie jednej przyczyny. Musimy liczyć się z tym, że w najbliższych dniach może również pojawiać się więcej gróźb, prowokacji i alarmujących wpisów, bo temat staje się szczególnie widoczny. Każdy taki sygnał trzeba traktować poważnie, ale nie należy automatycznie zakładać, że wszystkie zdarzenia mają ten sam motyw – uważa psycholożka Ewa Bensz-Smagała.
Jej zdaniem nie możemy dziś powiedzieć, że pierwszy atak spowodował kolejny – następstwo w czasie nie zawsze stanowi dowód związku. Badania opisują jednak mechanizm naśladownictwa: nagłośnione zdarzenie może stać się dla osoby już przeżywającej poważny kryzys gotowym scenariuszem działania, obniżyć próg psychologiczny i pokazać, że w ten sposób można skupić na sobie ogromną uwagę.
W dyskusjach na grupach eksperckich pojawiły się też spekulacje, czy nie mamy do czynienia z tzw. Columbine effect. W psychologii społecznej i kryminologii pojęcie to odnosi się bezpośrednio do masakry w Columbine High School (1999 r.). Przekształciło ono zjawisko masowej przemocy w makabryczny „wzorzec kulturowy”.
O ile pierwszy mechanizm dotyczy masowego zalewu informacjami, często sterowanego intencjonalnie, o tyle efekt Columbine opisuje zjawisko oddolnej, „wirusowej infekcji behawioralnej” i tzw. efektu zaraźliwości (ang. mass shooting contagion).
– Nie ma jednak wyraźnych i jednoznacznych przesłanek, aby mówić tutaj o efekcie Columbine, to raczej spekulacje. Badania nad tzw. Columbine effect i naśladowaniem przemocy szkolnej dają mieszany obraz: część analiz wykrywa krótkotrwałe skupiska podobnych zdarzeń, inne nie potwierdzają takiego efektu. Co więcej, wyniki dotyczą głównie Stanów Zjednoczonych, więc nie można ich wprost przenieść na Polskę. Najostrożniej powiedziałabym więc: możliwy jest efekt naśladowczy lub wpływ internetowych treści, ale nie wiemy, czy zadziałał – ani czy odnosi się do Columbine, czy do innych, świeżych wydarzeń. Sama zbieżność czasowa nie dowodzi związku przyczynowego – wyjaśnia Ewa Bensz-Smagała.
Nie dajmy się wkręcić dezinformacjom
Jedno jest pewne: musimy być bardzo ostrożni, bo niewłaściwe przekazywanie informacji na temat tego typu zdarzeń może zainspirować innych do podejmowania podobnych działań. Ponadto w sieci pojawiają się filmiki, w których młodzi zamaskowani mężczyźni grożą atakami nożami, gazem. Młodzież chętnie je sobie przesyła, dyskutując o tym, gdzie może dojść do ataku.
Choć policja wciąż sprawdza wątek internetowych wyzwań, Kinga Szostko z fundacji prowadzącej aplikację KidsAlert wyjaśniła, że sytuacja jest o wiele poważniejsza. Nie mamy tu do czynienia z głupią „zabawą” czy chwilową modą na TikToku, lecz z celową radykalizacją dzieci i młodzieży przez grupy ekstremistyczne. Kids Alert, który na co dzień zajmuje się śledzeniem i analizowaniem niebezpiecznych trendów oraz cyberzagrożeń czyhających na dzieci w internecie, wydało specjalne oświadczenie w tej sprawie.
„W ramach prowadzonego monitoringu nie stwierdziliśmy istnienia żadnego internetowego wyzwania polegającego na przychodzeniu do szkół z nożami i atakowaniu innych osób. Nie opieramy tego stanowiska na przypuszczeniach. Aktywnie monitorujemy przestrzeń internetową, identyfikując niebezpieczne zjawiska, trendy, społeczności i treści mogące stanowić zagrożenie dla dzieci i młodzieży”.
Także Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości wydało w piątek (09.10.2026) komunikat, w którym przestrzega przed sianiem dezinformacji w internecie.
„Od chwili pojawienia się informacji o rzekomym internetowym challenge’u policjanci nieustannie prowadzili czynności, aby zweryfikować te doniesienia. Informujemy, że dotychczas nic nie wskazuje na to, by pojawienie się takiego wydarzenia rzeczywiście miało miejsce. Niemniej policjanci w całym kraju, ale głównie Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości, cały czas pracują nad sprawą, reagują na wszystkie zgłoszenia i wyłapują w sieci każdy niepokojący sygnał. Apelujemy o zachowanie spokoju, niepowielanie niesprawdzonych doniesień i korzystanie wyłącznie z wiarygodnych źródeł informacji. Jednocześnie przestrzegamy wszystkich, którzy w tej sytuacji celowo próbują wywołać panikę, że za takie działanie grozi odpowiedzialność karna” - czytamy w komunikacie.
Dostęp do brutalnych treści niszczy psychikę dzieci
Eksperci z Kids Alert nawołują, by zamiast powielać niepotwierdzone teorie o rzekomym challenge’u zacząć wreszcie dostrzegać rzeczywiste zagrożenia.
„Już w 2024 roku alarmowaliśmy o powszechnej dostępności na TikToku materiałów przedstawiających symulator zabójstw w środowisku szkolnym, ostrzegaliśmy przed skalą ekspozycji dzieci na brutalne treści i niebezpieczeństwem oswajania ich z przemocą. Nie szukajmy więc tak banalnego i wygodnego wyjaśnienia tych tragedii, jak rzekomy internetowy challenge, nie odwracajmy uwagi od wieloletnich zaniedbań, ignorowanych ostrzeżeń, radykalizacji młodzieży i braku skutecznej ochrony przed drastycznymi treściami. Nie mamy podstaw przypisywać ostatnim zdarzeniom jedną wspólną przyczynę, mamy natomiast wystarczająco dużo powodów, by domagać się kompleksowej analizy zagrożeń, także tych związanych z bezpieczeństwem państwa. Challenge’u nie ma, natomiast są realne zagrożenia przed którymi ostrzegaliśmy od lat i najwyższy czas zacząć traktować je poważnie, zanim dojdzie do kolejnej tragedii”.
Musimy być bardziej uważni
Specjaliści zwracają uwagę na głębszy problem.
– Dla mnie to, co się zadziało, to bezpośredni dowód na niezaspokojenie potrzeb dzieci nastolatków, potrzeb zauważenia, bycia zaakceptowanym, potrzeb wsparcia w poradzeniu sobie z własnymi emocjami, braku umiejętności osiągania własnych celów życiowych na drodze społecznie akceptowanych norm. To znaczy, że my czegoś tych dzieci, tych nastolatków nie nauczyliśmy, nie zauważyliśmy ich ogromnego cierpienia – mówiła w porannym wywiadzie dla TVN24 pedagożka Lucyna Kicińska, przewodniczącą zespołu pomocy psychologiczno-pedagogicznej w XLI LO im. J. Lelewela w Warszawie, a także ekspertka Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym w Instytucie Psychiatrii i Neurologii.
Zdaniem ekspertów zalew informacjami o kolejnych planowanych atakach to prosty mechanizm psychologii społecznej i wojny informacyjnej, mający na celu wywołanie paraliżu decyzyjnego, permanentnego lęku oraz erozji zaufania.
– Z drugiej strony nagłaśnianie challenge’y, pokazywanie, że one są, pokazuje nam kolejną, bardzo dużą grupę dzieci, które nie zinternalizowały norm i systemu wartości, które powinny płynąć z rodziny, bo to tam powinno się mówić o tym, co jest dobre, a co złe – uważa Kicińska.
Pedagog resocjalizacyjny prof. Marek Konopczyński, kierownik Katedry Pedagogiki Specjalnej na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu w Białymstoku napisał na swoim profilu facebookowym:
„To nie jest tak, że młody człowiek budzi się pewnego dnia rano i postanawia zrobić komuś krzywdę... Tego typu myśli i zachowania poprzedzają tygodnie, a może i miesiące lub lata symptomów w zachowaniu i funkcjonowaniu społecznym i gdyby świat rówieśników i świat dorosłych zechciał albo potrafił to dostrzec i zareagować, to być może nie mielibyśmy w tej chwili tylu dramatów w polskich szkołach!”