Gdy dziecko przeżywa kryzys, cierpi cała rodzina
Liczba dzieci i nastolatków, które potrzebują specjalistycznej pomocy psychiatrycznej, wzrosła w ostatnich kilku latach blisko czterokrotnie. „Nie możemy zapominać, że za każdą taką liczbą kryje się konkretne dziecko, jego historia, jego cierpienie, a także cierpienie najbliższych, którzy są z nim związani. Oni też wymagają zaopiekowania” – zwraca uwagę dr n. med. Aleksandra Lewandowska, konsultantka krajowa ds. psychiatrii dzieci i młodzieży.
Pierwsze lata po pandemii przyniosły skokowy wzrost liczby zachowań samobójczych. Choć udało się go zatrzymać, liczby nadal są alarmująco duże.
– Dla mnie te liczby to nic innego, jak krzyk nastolatków do nas, dorosłych – że trudno im odnaleźć się w tym świecie, w tej rzeczywistości, którą im budujemy. Nam dorosłym bardzo często się wydaje, że ich słuchamy, że rozumiemy ich potrzeby, jednak często okazuje się, że nie umiemy na nie odpowiedzieć – zwraca uwagę specjalistka.
Rodzic w kryzysie nie pomoże dziecku
Aby to zmienić, potrzebna jest praca z całymi rodzinami, ponieważ rodzina działa jak system naczyń połączonych – zmiana zachowania u dziecka rzadko jest możliwa bez zmiany reakcji i postaw dorosłych. Ale także i oni coraz częściej wymagają wsparcia – są pogubieni, bezsilni, często osamotnieni i smutni. Przecież najczęściej za nietrafionym komunikatem: „co ty wymyślasz”, „weź się w garść” – nie kryje się chęć zaszkodzenia dziecku, tylko lęk i bezradność dorosłego.
Specjaliści podkreślają, żeby nie bagatelizować subtelnych objawów, które u młodych osób często wskazują na rozpoczynający się kryzys zdrowia psychicznego. To może być np. rezygnacja z treningów czy zaniedbywanie przyjaźni. Młodzi ludzie mają na to swoją odpowiedź: mam więcej nauki, przestało mnie to już interesować. Zamykają się w swoim pokoju, coraz więcej korzystają z telefonu. Do tego dochodzą problemy ze snem, dolegliwości somatyczne, a co za tym idzie trudności z koncentracją, gorsze wyniki w nauce.
– W takiej sytuacji, gdy nie jest się wyposażonym w odpowiednie narzędzia, nie ma się odpowiednich kompetencji, wielu rodziców próbuje zracjonalizować sobie sytuację, myśląc: „to typowe dla wieku dorastania”, „to minie, musimy przeczekać”, „kto nie przechodził okresu buntu nastoletniego”. Czasem zaprzeczają: „to nie jej wina”, „ona by tak nie zrobiła”, „pewnie ktoś ją namówił”, „przecież tyle się uczy”.
Jeśli rodzice sami są kryzysie, boją się zobaczyć, co się dzieje z ich dzieckiem, myślą, że gdy dotkną cierpienia dziecka – które przeczuwają – nie poradzą sobie, sami się rozpadną. Bagatelizują więc, wypierają problem, albo nie reagują.
– Tacy rodzice dość szybko dostają łatkę roszczeniowych, problematycznych, obojętnych, z zaburzoną osobowością, a nigdy nie wiemy, co się kryje za zachowaniem czy postawą drugiego człowieka. Możemy się bardzo pomylić. Jedna z mam w trakcie diagnozy zaburzeń neurorozwojowych swojego dziecka opowiadała mi, jak po trudnym, przedwczesnym i powikłanym porodzie walczyła o własne zdrowie i powrót do równowagi. Gdy podekscytowana spotkaniem z dzieckiem pojechała do szpitala, usłyszała: „o, w końcu i mamusia się zjawiła”.
Pamiętajmy, że słowa mają wielką moc i możemy nimi bardzo skrzywdzić drugiego człowieka – zwraca uwagę dr Lewandowska.
Nietrafione sposoby na opanowanie sytuacji
Kiedy zaczynają się kłopoty w szkole, rodzice – zamiast poszukać przyczyny – najczęściej zaczynają naciskać: „dziecko, co ty robisz?”, „wszystko zaprzepaścisz”, „przecież wiesz, jak ważne jest, żeby zbudować dobrą opinię”. Czasami komunikaty są bardziej opresyjne: „jak nie weźmiesz się do nauki, będziesz jeździła na szmacie”, „jak nie zaczniesz się uczyć, będziesz rowy kopać”.
Tyle, że gdy dziecko jest w kryzysie, takie słowa do niego nie docierają.
Gdy motywowanie nie pomaga, zaczyna się kontrolowanie – rodzice mają różne pomysły: umieszczają kamery w pokojach, włamują się do kont w mediach społecznościowych, na skrzynki mailowe, zabierają telefon.
– Za ciągłym sprawdzaniem dziecka może kryć się nieuświadomiona jeszcze obawa, że coś przeoczyli i muszą to jak najszybciej nadrobić. Tymczasem takie zachowanie to nie jest dobry pomysł – młodzi ludzie funkcjonują dziś w przestrzeni online i nie możemy temu zaprzeczać. Zabranie telefonu najczęściej nie pomaga. Co więcej – może zaszkodzić, bo często przestrzeń online trzyma te dzieci „na powierzchni”, jest jedynym kontaktem z rówieśnikami, z przyjaciółmi, i kiedy nagle im to zabierzemy, świat im się wali – wyjaśnia psychiatrka.
A reakcje na to mogą być różne.
– Wszystko zależy od temperamentu, od kształtującej się osobowości – często w mechanizmie odczuwanego napięcia, braku pomocy, nierozumienia tego, co się ze mną dzieje, występują zachowania agresywne skierowane do otoczenia albo autoagresywne: samookaleczenia lub próby samobójcze.
Reakcje rodziców w takiej sytuacji zazwyczaj są podobne, często związane z lękiem, który przeżywają: „Co ty zrobiłaś? Te ślady zostaną na zawsze”, „Jak mogłaś nam to zrobić?”, „Wszystkiego bym się po tobie spodziewała, ale nie tego”. A to powoduje tylko narastanie napięcia, często powadzi do konfliktu pomiędzy rodzicami: tata zarzuca mamie, że jest zbyt pobłażliwa, mama mężowi, że nigdy nie ma go w domu. Podczas kłótni łatwo zapomnieć, że choć rozmowa odbywa się za zamkniętymi drzwiami, dziecko ją słyszy.
– A będąc w kryzysie, jest wyczulone na emocje, na podniesiony ton. Niekiedy docierają do niego tylko strzępki pewnych zdań i w cierpieniu buduje sobie swoją narrację, do której bardzo często wkradają się mechanizmy zniekształceń, wpędza się więc w poczucie winy: „kłócą się przeze mnie”, „ze mną są same kłopoty”, „lepiej będzie, gdy zniknę” – mówi dr Lewandowska.
Próba samobójcza – zwrot w życiu rodziny
Próba samobójcza dziecka jest dla rodziny jednym z najbardziej traumatycznych i kryzysowych doświadczeń, które całkowicie burzy dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Psycholodzy i terapeuci często opisują to wydarzenie jako moment zwrotny, który może stać się dla rodziny trudnym końcem dotychczasowego porządku albo bolesnym początkiem budowania nowych relacji.
Pierwszą myślą zazwyczaj jest: „gdzie popełniliśmy błąd”, „co mogliśmy zrobić inaczej”, „czego nie zauważyliśmy”. Zaraz potem pojawia się lęk: „jak sobie teraz poradzimy”, „co będzie, gdy ona wróci do domu”.
– Dlatego w takiej sytuacji ważna jest praca nie tylko z dzieckiem, ale z całą rodziną. Ale musimy pamiętać o języku narracji. Zamiast myśleć: roszczeniowy rodzic, pomyślmy o tym, że za tą roszczeniowością kryje się lęk i bezradność. Nadopiekuńcza matka najczęściej jest bezradna, milczący ojciec – nie wie co robić, jak reagować na zachowania dziecka. Także dziecko nie zawsze potrafi się komunikować, nie zawsze powie wprost, że jest w złości, czy w lęku – zwraca uwagę specjalistka.
Reakcje mogą być różne: złość na siebie, na system, na własne dziecko. Bagatelizowanie („Czy pani jest pewna?”, „Pewnie chciała nas ukarać”). Niedowierzanie („Nie wydaje mi się, aby była próba samobójcza”). Najczęściej kryje się za tym szok, przerażenie, strach.
Bliscy są potrzebni, by uratować dziecko w kryzysie
– Nigdy nie możemy potraktować takiej rodziny jako problem, bo tracimy wtedy drugiego człowieka z oczu. A to ma być partner, który jest nam bardzo potrzebny. Nie da się bowiem skutecznie pomóc dziecku i nastolatkowi, jeżeli nie obejmiemy opieką całego systemu, w którym te dzieci funkcjonują, a przede wszystkim osób, które są najbliżej tego dziecka: rodziców, opiekunów, rodzeństwa. Proszę uwierzyć, że kiedy zadamy sobie pytanie, czego ci rodzice potrzebują, żeby mogli pomóc dziecku w taki sposób, jak my tego oczekujemy, kiedy dostrzeżemy, że oni sami sobie z tym nie poradzą – zmieni nam się perspektywa i optyka patrzenia na rodziców i pracy z nimi – uważa konsultantka ds. psychiatrii dzieci i młodzieży.
Badania wykazały, że psychoedukacja przeprowadzona z uważnością i dbałością zmniejsza ryzyko ponownej hospitalizacji aż o 40 proc. Niestety w polskim systemie opieki medycznej często nam tego brakuje.
– Nie sztuką jest wypisać dziecko z oddziału z całą listą zaleceń, wiedząc, że psychoterapia będzie dostępna za pięć miesięcy czy pół roku, bo to sprawia, że rodzic będzie w jeszcze większym chaosie i nie będzie wsparciem dla swojego dziecka. Zadaniem specjalisty jest zaopiekowanie się też emocjami tego rodzica. I nie można się usprawiedliwiać brakiem czasu, bo taka racjonalizacja może kosztować życie drugiego człowieka – uważa dr Lewandowska.