O nastolatkach, które nie przechodzą buntu
Autorka: Monika Grzegorowska
Są dzieci, które okres nastoletni przechodzą w miarę spokojnie: nie sprawiają większych trudności wychowawczych, nie przeciwstawiają się, nie krzyczą, nie kłócą się z rodzicami. Jednak nie dajmy się zwieźć, że taki współpracujący nastolatek, nie przeżywa żadnych trudności. O tym jak odróżnić, że młody człowiek jest już na tyle dojrzały, że zdrowo konfrontuje się z rzeczywistością, a kiedy ta cisza i układność powinna nas niepokoić, mówi psycholożka dziecięca Ewa Bensz-Smagała z Katedry Psychologii Akademii Górnośląskiej im. W. Korfantego w Katowicach, założycielka Gabinetu Lucky Mind.
Oczywiście to może być kwestia temperamentu. Niektóre młode osoby są mniej impulsywne, mają większą zdolność hamowania emocji, są mniej wybuchowe, lepiej przyjmują odmowę, nie mają potrzeby ścierania się. Nie unikają konfliktu ze strachu, lecz z braku potrzeby konfrontacji. W takim przypadku brak buntu może oznaczać dojrzały proces separacji.
Ale bywa, że jest to strategia, pod którą kryje się wiele trudności. Unikanie konfliktu z powodu lęku przed odrzuceniem, przed krytyką, przed cierpieniem. Nastolatki, które stosują taką strategię są bardziej zamknięte emocjonalnie, mają skłonności do zgadzania się na wszystko. Zamiast poszukiwać swoich wartości, zamiast obalać autorytety, ze wszystkim się zgadzają, są nadmiernie uległe.
Nie przesadzaj z kontrolowaniem
Zbyt silna kontrola rodzicielska, brak możliwości współdecydowania, powoduje, że nastolatek się wycofuje, poddaje, odcina. Bardzo często tak bardzo stara się spełnić oczekiwania swoich rodziców, że szybko się wypala, jest usztywniony w swoich zachowaniach, bo boi się, że coś się nie uda. Nie podejmuje więc żadnych nowych wyzwań, nie ryzykuje. Zamiast konfliktu jest stagnacja i unikanie zmian.
Taki pozorny spokój, bardzo długo utrzymywany pęka w momencie przeciążenia. I wtedy taki nastolatek wybucha, rodzina trafia do gabinetu specjalisty - bo „wcześniej zachowywał się normalnie, a tu nagle takie zachowanie”.
- Jeżeli dawaliśmy dziecku przestrzeń na autonomię, pozwalaliśmy mu podejmować decyzje, dawaliśmy przestrzeń, by wyrażał swoje emocje i mógł się różnić, często później nie ma aż tak dużej potrzeby walki o własne decyzje - wyjaśnia psycholożka.
Ograniczenie autonomii pojawia się w sformułowaniach typu: „masz szlaban”, „zabieram ci telefon na trzy dni, za karę nie będziesz miał kontaktu ze znajomymi”, „absolutnie się nie zgadzam”, „nie ma mowy, zapomnij”, „chyba oszalałeś i tak Cię nie puszczę”. Albo odsyłanie do drugiego rodzica: idź do taty, ale i tak się nie zgodzi.
- To są słowa, które kończą rozmowę. Tu nie ma miejsca na dialog, jest tylko kategoryczne stwierdzenie: jestem twoim rodzicem, nie będę słuchać twoich argumentów, nie zgadzam się – zwraca uwagę specjalistka.
I namawia, by rozmawiać ze swoim dzieckiem. Gdy nastolatek poprosi o możliwość powrotu o 22.00, nie mówmy od razu: wykluczone. Spytajmy czy chodzi o przesunięcie godzin, bo czuje się starszy, czy może jest jakaś wyjątkowa okazja. Zamiast od razu zakazywać, próbujmy znaleźć rozwiązanie. Może się wydawać, że to nic nie znaczy, ale takie traktowanie dziecka może przynieść bardzo pozytywne efekty. Bo nastolatek, który czuje, że może wybierać, który ma możliwość negocjowania, jest lepiej przygotowany na odmowę. I nawet jeżeli nie zawsze otrzyma zgodę, to ma świadomość, że zawsze może podjąć się rozmowę, eksplorować i powiększać swoje granice.
- To nie zawsze jest proste: czasem i nam trudno opanować emocje, mamy zły dzień, albo po prostu damy się wyprowadzić z równowagi. Choć będziemy popełniać błędy, dobrze, gdy zdajemy sobie z nich sprawę i umiemy, po ochłodzeniu emocji, wrócić by porozmawiać ze spokojem. Jeżeli nasz nastolatek chce zrobić coś, co wymyka się z naszych dotychczasowych wyobrażeń o jego funkcjonowaniu, to pamiętajmy, że nie robi nam tego na przekór, tylko poszukuje, ma potrzebę poszerzania swoich granic – przekonuje Ewa Bansz-Smagała.
Tak naprawdę powinno nas to cieszyć, bo to oznacza, że zaczyna tworzyć swój własny konstrukt emocjonalny, swoje własne wartości. Chce podejmować samodzielne decyzje, ma potrzebę decydowania o sobie. Przygotowuje się do dorosłego życia, kiedy będzie musiał decyzje podejmować sam. I jeżeli wcześniej, w takich kontrolowanych warunkach, parę razy nie sparzy się, to w dorosłym życiu może mieć o wiele większe trudności z odwagą w podejmowaniu decyzji.
- Kłopot w tym, że wielu rodzicom trudno to przyjąć i starają się ustrzec nastolatka, żeby nie popełnił błędu, żeby nikt go nie skrzywdził, żeby nie cierpiał. Niestety cierpienie i potknięcia są wpisane w kryzys rozwojowy adolescenta – mówi psycholożka.
Koszt braku buntu
Są też nastolatki, które są bardzo ambitne, poukładane, wszystko mają pod kontrolą. Może być to strategia budowania wizerunku bezproblemowego dziecka, właśnie dlatego, że boi się pokazać na zewnątrz swoją burzę emocjonalną, strach, poczucie zagubienia. Nastolatkom często wydaje się, że nie mogą pokazywać emocji. To wynika ze stereotypów wpisanych w naszą kulturę, bo przecież: chłopaki nie płaczą, złość piękności szkodzi, a jak się ma piętnaście lat to już jest się za dużym na „takie” zachowania. Taki słowami dajemy do zrozumienia: nie możesz płakać, bo to znaczy, że się mazgaisz, że jesteś miękki.
- Dla uległych, spokojnych, pozornie stabilnych emocjonalnie dzieciaków jednym z największych kosztów, może być szok kiedy nagle wydarzy się coś nieprzewidywalnego. I to wcale nie musi być jakieś duże wydarzenie - to może być jedynka z jakiegoś przedmiotu, zawód miłosny, głupi żart kolegów. Może wtedy nastąpić ogromny kryzys, po którym nastolatek się rozsypie. Kosztem mogą być poważne trudności emocjonalne. Zdarza się, że do mojego gabinetu rodzice przyprowadzają młodego człowieka, który nagle, z dnia na dzień zaczyna trzaskać drzwiami, nie odzywa się, nie chce jeść, chodzi w brudnej bieliźnie, odmawia chodzenia do szkoły – mówi psycholożka.
To kryzys, który dzieje się pod spodem, a my go nie zauważamy. Kosztem braku buntu może być brak eksploracji, nastolatek, który nie przechodzi okresu reorganizacji, nie testuje, nie podejmuje własnych decyzji, nie spotyka się z różnymi kosztami tej swojej decyzji.
Nikt nie mówił, że będzie prosto
Wychowywanie nastolatków czasami przypomina żeglowanie po wzburzonych wodach. W jednej chwili chcą twojej pomocy, a w drugiej cię odpychają.
- Rodzice często się żalą, że przychodzą do tych swoich nastoletnich dzieci, chcą z nimi porozmawiać i słyszą: nie chcę, mam to gdzieś, nic mi to nie obchodzi. Nie zrażajcie się. To może być strategia zamrożenia emocjonalnego po to, żeby nie cierpieć. Dziecko, które dojrzewa, ma często problem z poradzeniem sobie z trudnymi emocjami takimi jak smutek, tęsknota, frustracja czy zawód miłosny. Skorupa, którą przywdziewa, jest po to, żeby mógł się ochronić wewnętrznie – wyjaśnia Ewa Bensz-Smagała.
Dlatego nie rezygnujmy z rozmowy z nim, poczekajmy na inny moment, może spróbujmy powiedzieć to innymi słowami. A czasem wystarczy powiedzieć, ok, jak będziesz chciał pogadać, to pamiętaj, że jestem obok, daj mi znać. I czasem samo poczucie, że jesteśmy obok wystarczy.