Psycholog szkolny - ważny element zespołu, który może uratować życie
Autorka: Monika Grzegorowska
Ekspertka: Lucyna Kicińska
"Uczniowie naprawdę sami z siebie zaglądają do gabinetów szkolnych psychologów. Szukają wsparcia, rozwiązania problemów – nie tylko tych szkolnych. Psycholog szkolny jest natomiast od tego, by wspierać funkcjonowanie dziecka w szkole lub placówce. Żeby zrobić coś więcej, konieczna jest współpraca szkoły, rodziców i zewnętrznych specjalistów, a z tym bywa problem" – mówi Lucyna Kicińska, ekspertka Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego i wiceprezeska Fundacji Życie Warte Jest Rozmowy.
Czym zajmuje się szkolny psycholog lub pedagog?
Wyjaśnijmy na wstępie, że psycholog w szkole, to nie jest psycholog klinicysta, to nie członek zespołu pracującego z psychiatrą, tylko nauczyciel-psycholog. Wizyta w gabinecie psychologa szkolnego nie ma nic wspólnego z psychoterapią.
Zadania nauczyciela-psychologa są jasno określone w rozporządzeniu o pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Niestety nawet zatrudnienie kolejnego tysiąca takich specjalistów, na co wskazał w swoim raporcie Instytut Psychiatrii i Neurologii, nie rozwiąże problemu braku dostępności do pomocy psychologicznej wśród dzieci i młodzieży w kontekście kryzysów psychicznych. W pierwszej kolejności powinniśmy zająć się rozwojem dostępności pomocy psychologicznej w systemie ochrony zdrowia, a nie w systemie edukacji.
Oczywiście psycholog szkolny zajmuje się zdrowiem i dobrostanem psychicznym uczniów – ale w kontekście edukacyjnym, a dziecko funkcjonuje także w innych kontekstach. Szkolny specjalista nie ma możliwości działania w takim zakresie, jak psycholog z systemu ochrony zdrowia.
To jaka jest jego rola?
Ma przede wszystkim rozpoznawać trudności, które wpływają na funkcjonowanie ucznia w środowisku edukacyjnym i ma na nie odpowiadać razem z zespołem nauczycielskim, rodzicami i zewnętrznymi specjalistami.
To w czym problem?
Że coraz częściej w mediach podkreśla się, że to szkolny specjalista rozwiąże problem, albo że zacznie współpracować z zewnętrznymi specjalistami. Szkolny specjalista nie ma żadnych podstaw prawnych do nawiązania współpracy z zewnętrznymi specjalistami, np. z psychiatrą, nawet jeśli widzę taką potrzebę – mogłoby się to wydarzyć jedynie za zgodą rodzica, ale by do takiego kontaktu doszło – nie słyszałam. Nawet na własne spotkania z uczniem potrzebuje zgody jego rodziców.
Jest też druga strona medalu: wiedza psychiatrów na temat funkcjonowania środowiska edukacyjnego i tego, co jest możliwe, a co jest niemożliwe do zrobienia w szkole, jest niestety w wielu przypadkach zerowa. Efekt jest taki, że psychiatrzy wystawiają zaświadczenia do podjęcia konkretnych działań w szkole przez nauczycieli bądź psychologa czy pedagoga szkolnego, których nie da się zrealizować, ponieważ polski porządek prawny w kontekście edukacji na to nie pozwala.
O jakich czynnościach pani mówi?
Na przykład psychiatra zaleca, a czasem wręcz zobowiązuje szkołę, aby monitorowała stan i funkcjonowanie ucznia po próbie samobójczej przez cały czas jego pobytu w szkole, czyli żeby miał on tzw. nauczyciela cienia, nie chodził sam nawet do toalety.
Tymczasem w polski system prawny na to nie pozwala. Szkoła tak nie funkcjonuje. Jeżeli dziecko ma w opinii lekarza potrzebę, aby jego stan był monitorowany w sposób ciągły, ponieważ, jak rozumiem, zagraża swojemu życiu bądź zdrowiu, to takie dziecko nie powinno być w szkole lub placówce oświatowej, tylko w szpitalu psychiatrycznym na całodobowym oddziale, bo tylko tam jest możliwość zapełnienia mu takiej opieki.
Niektórzy lekarze wystawiają też wsteczne zwolnienia lekarskie – i nie mówię tu o kwestii dni, ale długich miesięcy. Widziałam też zaświadczenia, których treść wprost wskazuje, że zewnętrzne procesy pomocowe dla tego dziecka nie są realizowane – bo jeżeli lekarz trzeci rok z rzędu wystawia zaświadczenie, że dziecko doświadcza np. zaburzeń adaptacyjnych, to znaczy, że on tego dziecka nie leczy, ponieważ zaburzenia adaptacyjne powinny ustąpić po pół roku. I tak, wiem, każda sytuacja jest inna, ale jeśli cały kontakt psychiatry ze szkołą to corocznie dostarczane zaświadczenia o trwającym procesie chorobowym, to budzi to pewne wątpliwości i pokazuje, że możliwość współpracy nie jest wykorzystana. I to nie z braku psychologów w szkole.
Prof. Krzysztof Ostaszewski na konferencji prasowej, komentując wyniki raportu przygotowane przez Instytut Psychiatrii i Neurologii na temat psychologów szkolnych, zwracał uwagę, że szkolny specjalista mógłby być mediatorem między szkołą a rodzicem, szczególnie jeśli jest między nimi konflikt…
To o tyle trudne, że najczęściej, gdy psychiatra sugeruje jakieś postępowanie wobec ucznia, a szkoła nie może go zrealizować, jest to odbierane jako brak dobrej woli ze strony szkoły. Przykładowo psychiatra wystawia kolejny rok z rzędu zaświadczenie, że dziecko ma być niepytane przy tablicy, bo ma długotrwale zaburzenia lęokwe. Kiedy szkoła wyraża do rodzica swoje zaniepokojenie o skuteczność zewnętrznych procesów pomocowych, to najczęściej nie spotyka się to ze zrozumieniem. Bo jak szkoła może podważać zalecenie lekarza. Tylko my go nie podważamy, tylko wyrażamy niepokój, że dziecko nie otrzymuje skutecznej pomocy .
Jakie więc zadania ma szkolny psycholog?
Zakres zadań psychologa szkolnego wynika z przepisów dotyczących pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Należą do niego m.in. działania diagnostyczne, rozpoznawanie trudności ucznia, diagnozowanie sytuacji wychowawczej, udzielanie pomocy psychologiczno-pedagogicznej, działania profilaktyczne, interwencje w sytuacjach kryzysowych oraz wspieranie rodziców i nauczycieli.
Szkolni specjaliści mają obowiązek, razem z nauczycielami, na miarę możliwości organizacyjnych, kompetencji i prawa, odpowiadać na rozpoznane u ucznia potrzeby, ale także inspirować rodzica, informować go o tym, że np. jest potrzeba współpracy z poradnią psychologiczno-pedagogiczną, rozpoczęcia procesów pomocowych, psychiatrycznych czy psychoterapeutycznych dla dziecka. Natomiast nie mamy mocy prawnej, aby rodzica do tego zobowiązać, nawet jeśli widzimy oczywiste problemy u dziecka. Nie możemy więc wymusić na rodzicach diagnostyki. Psycholog szkolny nie może też, tylko dlatego, że uważa to za korzystne, inicjować kontaktu z psychiatrą czy psychoterapeutą dziecka czy dowolnie przekazywać zewnętrznym specjalistom informacji o dziecku. To rodzic o tym wszystkim decyduje.
Szkolni specjaliści są oczywiście od tego, żeby wspierać zarówno rodziców, jak i nauczycieli danego ucznia, wyjaśniać, jakie są jego trudności i jak wspólnie można mu pomóc. Celem tych działań jest sprawienie, by uczeń powrócił do funkcjonowania sprzed wystąpienia rozpoznanej trudności. Niestety rodzicom często wydaje się, że jeżeli dziecko „dostanie” dostosowanie procesu edukacyjnego, to będzie je miało już zawsze, bez względu na to, czy ta potrzeba zniknie, czy nie.
Na czym polega dostosowanie, o jakim pani mówi?
Jeśli funkcjonowanie szkolne ze względu na kryzys emocjonalny lub inne rozpoznane trudności jest u danego ucznia utrudniony, np. nauka z jakiegoś przedmiotu przychodzi dziecku z większą trudnością, może przez pewien czas korzystać z dostosowania w postaci wydłużenia czasu pracy na sprawdzianie, nieodpytywania na forum, czy tzw. zindywidualizowanej ścieżki kształcenia, czyli lekcji indywidualnych z tego przedmiotu. Czasem dostosowania są bezwzględnie potrzebne, ale niestety niektórzy uczniowie i rodzice wykorzystują te formy wsparcia. Nie mówię oczywiście o dzieciach np. z epizodem depresyjnym, które nie może korzystać w pełni ze swoich możliwości. Tylko, że gdy epizod depresyjny mija, dziecko powinno wrócić do normalnego trybu nauczania, a niektórzy rodzice starają się o kolejne zaświadczenia, bo nauka jeden na jeden, np. w zindywidualizowanej ścieżce kształcenia wymaga mniejszego wysiłku od dziecka. A próba wyjaśnienia rodzicowi, że w cenie szkoły dziecko nie potrzebuje już form wsparcia może skończyć się wpłynięciem kolejnego zaświadczenia od lekarza albo wręcz do konfliktu.
Wróćmy do zadań szkolnych psychologów…
Zajmują się też profilaktyką, którą realizują oczywiście również sami, ale ponieważ nie są w stanie zrobić wszystkiego nawet przy wsparciu zespołu pomocy psychologiczno – pedagogicznej (w szkole w której pracuję w tej chwili jest jeden psycholog, dwóch pedagogów i pedagog specjalny), starają się też inspirować do profilaktyki wychowawców i nauczycieli. Rozwijają ich kompetencje, żeby wiedzieli, na co zwracać uwagę, żeby potrafili rozpoznać ucznia, który wymaga wsparcia w szkole i poza szkołą.
Choć to dość niewygodne, musimy zrozumieć, że kryzys psychiczny dziecka to nie jest domena szkoły, ale wszystkich kontekstów, w których ono funkcjonuje: systemu rodzinnego, relacji z rówieśnikami, funkcjonowania edukacyjnego. Szkoła to zaledwie jeden element tej układanki.
Co możecie zrobić, gdy dziecko wymaga bardziej specjalistycznej pomocy, niż może zaoferować szkoła?
Szkoły – za zgodą rodzica i na mocy porozumień - współpracują z ośrodkami środowiskowej pomocy psychologiczno-pedagogicznej(tzw. I poziom referencyjności). Tego typu placówki zatrudniają psychologów, psychoterapeutów i terapeutów środowiskowych. Mają one silne, systemowe uprawnienia do współpracy ze szkołami – np. wizyty w szkołach, tzw. sesje koordynacji umożliwiające wymianę informacji np. ze szkolnymi specjalistami, ale nie zatrudniają lekarzy psychiatrów. Ich zadaniem jest pomoc psychologiczna, szybka interwencja i terapia na poziomie środowiska (w tym szkolnego), bez włączania farmakoterapii. Jednak to rodzic decyduje, czy dziecko w ogóle z takiej pomocy skorzysta. Szkolni specjaliści mogą jedynie zasugerować rodzicom skorzystanie z takiej pomocy i pokazywać negatywne konsekwencje, gdy tego nie zrobią, ale dalej decyzja należy do nich.
W ostateczności, jeżeli rodzic nie reaguje na te informacje, a stan psychologiczny dziecka poważnie się zaburza, dyrektor szkoły może złożyć wniosek o wgląd w sytuację rodziny. Ale to już sytuacje poza szkolnym specjalistą i trzeba mieć na uwadze, że z psychologicznego punktu widzenia taki krok to dodatkowe utrudnienie w kontekście współpracy z rodzicem.
Jeśli dziecko ma trudności, które nie są związane tylko z edukacją, to nawet 10 psychologów w szkole niewiele zdziała. Bo jeżeli mamy np. ucznia, który mierzy się z zaburzeniami lękowymi czy depresją, albo ma zaburzenia neurorozwojowe, to choć mamy i możliwość, i prawo, żeby uruchomić w szkole odpowiednie formy wsparcia, to żadna pomoc szkolnego specjalisty, nawet bardzo intensywna, jeśli jest wyizolowana z szerokiego kontekstu funkcjonowania ucznia, nie przyniesie pożądanego efektu. Bo dziecko, które ma takie trudności, potrzebuje uruchomienia przez rodzica różnych, także zewnętrznych, form pomocy. Szkoła jest w tym wszystkim tylko jedną cegiełką, a nie całym murem odporności dziecka.
Na wspomnianej konferencji przedstawiono dane, z których wynika, że brakuje około tysiąca psychologów szkolnych. Czy załatanie tej dziury rozwiązałoby problem pomocy uczniom z trudnościami?
W ostatnim czasie często słyszymy w mediach, że wystarczy dozatrudnić psychologów w szkołach i problemy dzieci znikną bo to usprawni współpracę z psychiatrami. To nieprawda. Szkolni specjaliści są otwarci na współpracę – pod warunkiem, że psychiatrzy wiedzą, jak działa szkoła, czego mogą od niej oczekiwać i że rozumieją funkcjonowanie dziecka w szerokim kontekście. A kontekst edukacyjny to wysiłek. Wystawianie zaświadczeń, które z tego wysiłku zwalniają, cyt. „bo tak będzie łatwiej” to ogromne wypaczenie i na pewno nie można nazwać tego współpracą.
Podciąganie wszystkiego pod zaburzenia, by nie podejmować wysiłku edukacyjnego, to zezwalanie na tryb ucieczkowy. To nie przekłada się na sukcesy edukacyjne – w późniejszym czasie także życiowe – tych dzieci.
Z mojego punktu widzenia dane przedstawione przez Instytut Psychiatrii są fantastyczne. Bo jeszcze kilka lat temu było pod względem dostępności szkolnych specjalistów o wiele gorzej. Tymczasem znalazło się kilka tysięcy psychologów, pedagogów i pedagogów specjalnych, którzy za bardzo niskie wynagrodzenia – rynkowo i w stosunku do wymagań i odpowiedzialności - pracują w instytucjach, na które zrzuca się winę za wszystko co społecznie złe. Żeby w szkole nie było wakatów, należałoby specjalistom zapłacić stawkę rynkową. Bo zadań, które stoją przed nimi, jest mnóstwo: od profilaktyki, analizę funkcjonalną, rozpoznawanie problemów, przez interwencję kryzysową, wspieranie nie tylko dziecka, ale także jego rodzica, podejmowanie działań ewaluacyjnych, po budowanie współpracy w kontekście zespołu nauczycielskiego. I wszystko to za niewiele ponad najniższą krajową – nie tylko dla nauczyciela-psychologa na starcie, czyli początkującego, ale również dla tego, który odbył staż w wymiarze 3 lata i 9 miesięcy, a także zdał egzamin przed komisją, czyli nauczyciela mianowanego.
Czy uczniowie naprawdę sami z siebie przychodzą do gabinetu szkolnego psychologa?
Proszę mi wierzyć, że przychodzą. Sama jestem pedagogiem szkolnym i muszę przyznać, że uczniom nie robi to różnicy. Najczęściej słyszę: „rodzice nie wiedzą, co się ze mną dzieje”, „rodzice nie akceptują tego, jaki jestem”. I niestety kiedy potem spotykam tych rodziców, bardzo często to się potwierdza. Rodzice nie wiedzą, jak reagować, mają w sobie dużo lęku, poczucia winy, kiedy więc rozmawiamy o zauważonych w szkole objawach kryzysu, łatwo jest więc przerzucić winę na kogoś innego. A skoro objawy są w szkole, to zapewne wina szkoły. Szkolni specjalistów często słyszą od rodziców „w domu on/a się tak nie zachowuje”, czasem by skierować odpowiedzialność na szkołę, a czasem by zaprzeczyć problemom, skoro nie są widoczne 24 godziny na dobę. To tak nie działa! Nasze zachowanie jest uzależnione od obszarów życia - to przecież naturalne, że dziecko inaczej funkcjonuje w domu niż w szkole. Przerzucanie odpowiedzialności na szkołę i szukanie winnego kryzysu dziecka, albo co gorsze – szukanie sojuszników wśród zewnętrznych specjalistów, by wspólnie udowodnić, że szkoła jest winna, jest niestety w ostatnim czasie częste.
Nie raz podczas konsultacji dla szkolnych specjalistów w serwisie www.zwjr.pl słyszałam, że gdy psycholog szkolny podejmował temat zaleceń psychiatry dla szkoły, to słyszał „ „Psychiatra wystawił takie zaświadczenie, więc proszę nie dyskutować”. Wychodzi więc na to, że psycholog szkolny nie ma kompetencji, by rozmawiać z rodzicem o niepokoju o brak efektywności leczenia o niemożliwych do spełnienia zaleceniach psychiatry, ale już do ich wypełniania – poza swoimi zadaniami - kompetencje ma. I to ma być współpraca?
A w tym wszystkim są dzieci – które same przychodzą po pomoc do gabinetów psychologów i pedagogów szkolnych. Tyle, że pomocą nie zawsze jest natychmiastowe uruchamianie zajęć indywidualnych. Często potrzebą dziecka jest motywowanie go, by w odpowiednio dostosowanych warunkach podejmowało wysiłek edukacyjny na poziomie klasy.
Jak to wygląda w praktyce?
Po pierwsze zaczynamy od rozmowy i rozpoznania źródła problemów. Potem wspólnie z dzieckiem staramy się zaplanować dalsze działania, pokazujemy mu, co możemy zrobić w szkole, a co jest niezbędne zewnętrznie – np. diagnostyka w poradni psychologiczno-pedagogicznej czy konsultacja psychiatryczna. W szkole możemy przede wszystkim zrobić dostosowanie procesu edukacyjnego, czyli np. wydłużenie czasu pracy, zmniejszenie liczby zadań na klasówce czy kartkówce, w sytuacjach stresowych pracę poza klasą, żeby łatwiej było skupić uwagę, czyli np. pisanie klasówek na zapleczu, albo w gabinecie psychologa, czasową rezygnację z odpytywania przy tablicy albo w formie ustnej z jakiegoś konkretnego przedmiotu. Jeśli dziecko na ten moment za bardzo się stresuje typową aktywnością szkolną, zabieramy lub ograniczamy ten bodziec na jakiś czas. Ale na tym nie koniec, to dopiero początek – bo to jest czas, w którym rodzic powinien uruchomić zewnętrzne względem szkoły procesy pomocowe. I o takiej konieczności rozmawiamy z uczniem, a potem z jego rodzicami. To moment, w którym szkolni specjaliści pracują z dwoma źródłami oporu.
Pierwsze to często sam uczeń, który mówi: nie, nie zgadzam się na dostosowania, nie potrzebuję takiej pomocy, wszyscy od razu zobaczą, że jestem inaczej traktowana i będą wiedzieć, że jestem przegrywem. Albo mówią: nie mówcie nic rodzicom. Wtedy pracujemy nad przekonaniem ucznia i pokazaniem mu pozytywów takiego postępowania, unikając konsekwencji, czyli np. obiecujemy, że zrobimy to tak, żeby nikt nieuprawniony w szkole nie wiedział o jej/jego trudnościach. Ale podkreślamy też, że musi o nich wiedzieć rodzic – bo to on uruchamia działania pozaszkolne i wyraża zgodę na proponowane formy pomocy psychologiczno-pedagogicznej.
Praca na rzecz ucznia w kryzysie w szkole realizowana jest naprawdę dyskretnie, a uczeń zobaczy, że inni w ogóle nie interesują się tym, że on pisze klasówkę poza klasą, lęk przed „dostosowaniami” przemija. Ale podkreślę jeszcze raz – to co możliwe jest do zrealizowania w szkole nie przyniesie efektów, jeśli nie uruchomimy zewnętrznych procesów diagnostycznych i pomocowych. Bo jeżeli uczeń przeżywa bardzo silny stres podczas odpowiedzi ustnej, to najczęściej nie chodzi o to, że w szkole panuje nadmiernie stresująca atmosfera czy że padają przemocowe komentarze ze strony nauczyciela (od tego mamy w szkołach Standardy Ochrony Małoletnich), tylko to oznacza, że ma silną reakcją stresową na naturalne dla danej przestrzeni bodźce. My w szkole nie zaopiekujemy się tym inaczej niż dostosowaniem procesu edukacyjnego i wsparciem gabinetu pomocy psychologiczno-pedagogicznej, natomiast proces pomocowy przy zaburzeniach lękowych to domena zewnętrznego psychoterapeuty, a czasem też psychiatry, którzy oceniają, jakie działania zewnętrzne są niezbędne, by nie opiekować się tylko objawami, lecz leczyć przyczynę. Do tego potrzebne są działania rodzica, który organizuje pomoc specjalistów zewnętrznych. I tu czasem jest drugie źródło oporu.
Co można wtedy zrobić?
Pierwszy opór pojawia się, gdy rodzic słyszy o dziecku coś, czego się nie spodziewał – bo z nim nie rozmawia, bo nie wie jak budować więź oparta na zaufaniu. Rodzica nikt tego nie nauczył, więc szkolny specjalista rozwija kompetencje komunikacyjne u rodziców, żeby wiedzieli, jak rozmawiać ze swoimi dziećmi. Często za kryzysami psychicznymi młodych ludzi stoi bariera komunikacyjna w domu, dzieci czują się niesłuchane, nierozumiane, a to przekłada się na problemy poza domem, także w szkole. Podpowiadamy rodzicom na co powinni zwracać uwagę w funkcjonowaniu dziecka, jak je wspierać bez presji, że problemy znikną tylko dlatego, że tego bardzo mocno chcemy.
Aby móc powiedzieć, że odnieśliśmy wspólny sukces, czyli że problemy ucznia lub uczennicy minęły, musimy usiąść przy wspólnym stole. Każdy z nas: psycholog, pedagog, wychowawca klasy, rodzice, psychoterapeuta, psychiatra – jesteśmy jak elementy układanki. Ale to, że jesteśmy obok siebie nie tworzy jeszcze obrazu – współpraca jest dopiero wtedy, gdy wszystkie dla danego obrazu puzzle położymy na stole i razem spróbujemy je poskładać.