Co się dzieje z organizmem kobiet po 50. roku życia
Autorka: Monika Grzegorowska
Zmiana poziomu hormonów, do jakiej dochodzi w okresie okołomenopauzalnym, jest sygnałem, że kobiety powinny nieco inaczej spojrzeć na swoje zdrowie, być może zmienić niektóre nawyki i uważnie słuchać swojego ciała.
W okresie perimenopauzy, czyli mniej więcej w wieku 45-50 lat, dochodzi do zaniku cyklicznych wahań hormonalnych. Znacząco obniża się poziom estrogenów i progesteronu, co powoduje zmiany w tkankach i funkcjonowaniu układu nerwowego i sercowo-naczyniowego, a także – co bywa najbardziej dotkliwe – wpływa na metabolizm tkanki tłuszczowej.
Progesteron ma działanie moczopędne, pomaga usuwać nadmiar płynów z organizmu. Gdy podczas menopauzy jego poziom spada, częściej dochodzi do zatrzymywania wody, obrzęków i uczucia ciężkości.
Estrogen powoduje zmiany w metabolizmie tłuszczów i węglowodanów - gdy go brakuje, zwiększa się insulinooporność, co utrudnia kontrolę poziomu cukru we krwi i sprzyja otyłości brzusznej.
O ile do 45. roku życia tkanka tłuszczowa odkłada się głównie na biodrach i udach, o tyle po 55 rż. głównym problemem jest tłuszcz wisceralny (trzewny), który powoduje otyłość brzuszną.
Objawem zaburzonej gospodarki węglowodanowo-tłuszczowej u wielu kobiet są ramiona, które tracą jędrność, powodując efekt tzw. „motylich skrzydeł” oraz zwiększone odkładanie się w tym miejscu tkanki tłuszczowej.
– Zwiększone magazynowanie tłuszczu, w tym tłuszczu wisceralnego, jest bardzo niekorzystne nie tylko dla wyglądu, ale też jeżeli chodzi o pewne procedury hormonalne i enzymatyczne. Spowalnia bowiem proces rozpadu tłuszczu, czyli lipolizy, a zwiększa się produkcja tłuszczu, czyli lipogeneza. Wątroba, zalewana wolnymi kwasami tłuszczowymi, produkuje więcej trójglicerydów i lipoprotein o bardzo niskiej gęstości. Ponadto tłuszcz trzewny (otaczający narządy w jamie brzusznej) różni się od podskórnego. Jest bardziej unaczyniony i unerwiony, a produkty jego rozpadu trafiają bezpośrednio do żyły wrotnej i wątroby – tłumaczy dr Jacek Tulimowski, ginekolog.
Po czterdziestym roku życia spada też naturalnie beztłuszczowa masa ciała (LBM – ang. Lean Body Mass), co oznacza, że zmniejszeniu ulega głównie tkanka mięśniowa. Dlatego tak dużo w przestrzeni medialnej mówi się o znaczeniu ćwiczeń siłowych. Problem w tym, że niewielu lekarzy zwraca na to uwagę, nie zalecając pacjentkom w okresie okołomenopauzalnym podjęcia aktywności fizycznej ukierunkowanej na podtrzymywanie masy mięśniowej.
– Zwiększenie produkcji tkanki mięśniowej poprzez ćwiczenia, gimnastykę, jogging, stretching, czy pływanie powoduje to, że tkanka mięśniowa nie ulega regresji. Ale trzeba podkreślić, że regresja to nie tylko wiotkie mięśnie, lecz konsekwencje związane z metabolizmem glukozy, bo mięśnie są największym generatorem metabolizmu glukozy. Dodam, że każdy kilogram utraconej masy mięśniowej to spadek spoczynkowej przemiany materii od 13 do 25 kilokalorii na dobę – dodaje ginekolog.
Dlaczego po 50. tyjemy?
Nadprodukcja leptyny, znanej jako „hormon sytości”, paradoksalnie prowadzi do problemów z kontrolą wagi i ciągłego uczucia głodu. Zjawisko to jest ściśle powiązane z otyłością i tzw. leptynoopornością. Mimo że we krwi krąży bardzo dużo leptyny (hiperleptynemia), mózg przestaje na nią reagować. Nie otrzymuje sygnału: „mamy dość energii, przestań jeść”. Pomimo wysokiego poziomu tkanki tłuszczowej, organizm zachowuje się, jakby był głodny, przechodzi w tryb oszczędzania energii, co utrudnia odchudzanie. Powstaje błędne koło: wyższa waga = więcej tłuszczu = więcej leptyny = większa oporność = dalszy wzrost wagi.
Po drugie: w okresie menopauzy i perimenopauzy często wzrasta poziom greliny, nazywanej hormonem głodu. Grelina, która jest produkowana głównie w żołądku, wysyła do mózgu sygnał „jestem głodny”. Zwiększony poziom greliny powoduje silniejsze uczucie głodu, częstsze podjadanie (szczególnie produktów wysokokalorycznych i słodkich) oraz sprzyja odkładaniu się tkanki tłuszczowej, zwłaszcza w okolicy brzucha.
– Menopauza to głównie obniżanie się poziomu estrogenów, ale zmieniają się także funkcje neuroprzekaźników, serotoniny, dopaminy, adrenaliny. To wszystko się łączy, to jak wielopoziomowe skrzyżowanie. Efekt? Zwiększone spożycie produktów wysokokalorycznych i tzw. comfort food, czyli potraw, które poprawiają nastrój, kojarzą się z bezpieczeństwem, ciepłem i przyjemnymi wspomnieniami (np. z dzieciństwa). To „chęć
na słodkie rzeczy”, czy wieczorne buszowanie po lodówce – tłumaczy dr Tulimowski.
Zmiany hormonalne odpowiadają też za zaburzenia snu. Ma je aż 30 proc. kobiet w okresie menopauzy. Spadek estrogenów zaburza rytm dobowy, uderzenia gorąca i nocne poty przerywają ciągłość snu. Z wiekiem szyszynka produkuje mniej melatoniny, co utrudnia zasypianie, podwyższony poziom hormonu stresu powoduje wybudzenia i stres. Pobudka w ciągu nocy często prowadzi do lodówki, a nocne objadanie się nie ułatwia utrzymania wagi.
Po nieprzespanej nocy dochodzi problem przewlekłego zmęczenia, zmniejszonej aktywność fizycznej i stresu, co podwyższa poziom kortyzolu, który powoduje zgromadzenie tłuszczu trzewnego i… pętla się zamyka.
Co jeszcze sprawia, że z wiekiem często tyjemy? Coraz mniej czasu poświęcamy aktywności fizycznej, do tego gubią nas nawyki żywieniowe: jemy zbyt dużo czerwonego mięsa, produktów wysokokalorycznych, żywności wysokoprzetworzonej.
– Do wyobraźni moich pacjentek często przemawia wyjaśnienie określenia „creeping obesity” (pełzająca otyłość): brak ćwiczeń fizycznych zwiększa liczbę kalorii w posiłku dobowym o 100 kilokalorii, co wydaje się niemal nic nie znaczące – ale gdy spojrzymy na to szerzej wygląda to już zupełnie inaczej: w skali roku oznacza 5 kilogramów więcej, a w ciągu pięciu lat 25 kilo! A to tylko 100 kilokalorii na dobę… - wylicza ginekolog.
Nie bez znaczenia dla masy ciała są też leki, które kobiety po 50-tce przyjmują ze względu na pojawiające się choroby.
– Co trzecia kobieta w Polsce bierze leki przeciwdepresyjne, które powodują zwiększenie łaknienia. Podobnie działają beta-blokery, też zażywane dość często. Niestety lekarze nie zlecają ich w porozumieniu z innymi, choć niektóre z nich mogą przecież wchodzić w interakcje lub zmieniać ich metabolizm – zauważa ginekolog.
W menopauzie konieczna jest czujność diabetologiczna
Część kobiet około 40–45 roku życia zaczyna mieć kłopoty ze stężeniami glukozy, zwiększa się ich ryzyko insulinooporności.
– Często lekarze przyjmują, że skoro poziom glukozy mieści się w granicach normy, to nie ma cukrzycy. Tymczasem to mylące, ponieważ to zazwyczaj ostatni parametr, który ulega pogorszeniu – zwraca uwagę specjalista.
Spadek poziomu estrogenów (głównie estradiolu) w okresie przekwitania wpływa bezpośrednio na metabolizm glukozy: zmniejsza się tkankowy wychwyt glukozy, co oznacza, że komórki organizmu (głównie mięśni i tkanki tłuszczowej) pobierają mniej glukozy z krwi, co prowadzi do jej podwyższonego poziomu we krwi (hiperglikemii). To kluczowy mechanizm rozwoju insulinooporności i cukrzycy typu 2.
Kompletnie zmienia się także profil lipidowy. Poziom cholesterolu całkowitego oraz frakcji LDL (tzw. złego cholesterolu) w okresie menopauzy wzrasta, u niektórych nawet o ponad 25 proc. Wzrasta również poziom trójglicerydów i VLDL (lipoprotein o bardzo niskiej gęstości) co jest związane ze zwiększeniem ilości tłuszczu trzewnego (brzusznego) i zmniejszoną wrażliwością na insulinę.
Apolipoproteina B (ApoB), kluczowy marker miażdżycy, w menopauzie często rośnie, nawet jeśli poziom LDL nie jest drastycznie wysoki.
– Dlatego warto, aby internista oznaczał wskaźnik miażdżycy, czyli stosunek totalnego cholesterolu do HDL. Tymczasem to badanie jest zlecane dość rzadko – uważa ginekolog.
Do tego wszystkiego upośledza się produkcja i wrażliwość komórek beta-trzustki na stężenie glukozy. Czyli – choć glukozy we krwi jest dużo (hiperglikemia) – to komórki beta trzustki nie reagują na ten sygnał adekwatnym wydzielaniem insuliny.
Jednocześnie spada wskaźnik insulinotropowy, co sprawia, że trzustka nie jest w stanie kompensować oporności tkanek, prowadząc do ostrego niedoboru insuliny i wzrostu poziomu glukozy.
Z badania holenderskich naukowców opublikowanego w 2025 roku wynika, że 67,4 proc. kobiet w wieku pomenopauzalnym zgłasza umiarkowane lub poważne zmiany w regulacji poziomu glukozy, w tym częstsze epizody hiperglikemii (podwyższonego cukru).
Warto też pamiętać, że sytuację pogarszają choroby, np. przebieg metabolizmu glukozy w zespole policystycznych jajników (PCOS) jest zupełnie inny niż u zdrowej kobiety.
– Pacjentki wchodzące w okres menopauzy, które mają PCOS, będą miały nasiloną nietolerancję glikemii i większe kłopoty endokrynologiczne niż pacjentki bez PCOS, która wchodzą w okres menopauzy, dlatego powinny być objęte szczególną opieką – podkreśla dr Tulimowski.
Hormonalna rewolucja to kolejne problemy zdrowotne
To niestety nie wszystkie problemy zdrowotne jakie powodują zaburzenia hormonalne w okresie menopauzy.
Menopauza sprawia, że ryzyko niektórych chorób – np. otyłości czy chorób układu krążenia – jest dwa razy większe niż dla populacji przed menopauzą.
Zmienia się też gęstość kości: dochodzi do przyspieszonej utraty masy kostnej: (najszybciej w ciągu pierwszych kilku lat po menopauzie). Spadek estrogenów sprawia, że procesy niszczenia (resorpcji) tkanki kostnej przeważają nad jej odbudową, a skutkiem tego może być osteoporoza – szacuje się, że dotyka ona ok. 30–40 proc. kobiet po menopauzie. Obniżona gęstość kości może też objawiać się bólem kości i stawów.
– Dlatego, gdy zaczyna się menopauza, warto wprowadzić hormonalna terapię zastępczą (HTZ), która wyrównuje niedobory i ma działanie anaboliczne na tkankę mięśniową, powodując regenerację całego organizmu, a nie tylko osławionych objawów, czyli zlewnych potów i uderzeń gorąca. Dodatkowo wpływa też na skórę, bo ilość włókien kolagenowych jest zależna od estrogenu – wymienia dr Tulimowski.